"Wir Leonarda da Vinci"


Jak przystało na początek letnich wakacji, było już dość ciepło, a poranek – słoneczny. W powietrzu unosił się zapach kwitnących kwiatów. Przed kamienicą, stojącą na przedmieściu, zbierała się coraz większa grupa ludzi. Widać było, że zanosi się na wielką rozróbę. Dość liczni jak na tę porę dnia przechodnie, nie bardzo wiedząc, o co właściwie chodzi, głośno komentowali rozgrywające się wydarzenie. Kilku barczystych, wyglądających na kulturystów mężczyzn, ubranych w granatowe mundury z żółtymi napisami „OCHRONA” na plecach, brutalnie wypychali na ulicę, prawdopodobnie lokatorów dwukondygnacyjnego budynku. Bicepsy ochroniarzy rozpychały im rękawy uniformów. Sam ich widok wzbudzał respekt. Z niektórych okien co chwilę wylatywały meble i rozbijały się na chodniku. Żaden z gapiów nawet nie próbował protestować. Rozumie się – z władzą nie można dyskutować.
Któż by w takim rozgardiaszu zwracał uwagę na okienko w piwnicy, w którym można było dostrzec głowę nastolatka. Gapie, zajęci wydarzeniem, które rozgrywało się na ich oczach, nie interesowali się, co się wokoło dzieje. W tej chwili koncentrowali się na zajściu, bo jakiś starszy, drobny mężczyzna zaczął krzyczeć:
– To bezprawie! To mój dom!
Ale olbrzymiej postury ochroniarz jedną ręką wyciągnął go z tłumu za klapę marynarki. W drugiej ręce trzymał jakąś paczkę, co nie przeszkadzało mu wlec, ciągle wzywającego pomocy staruszka, w stronę domu. Krzyknął do swojego kolegi, który bezczynnie przyglądał się zajściu:
– Rozgoń to bractwo! Nie gap się!
Po chwili, ciągnąc brutalnie staruszka, zniknął na schodach, prowadzących do piwnicy. Tam, ochroniarz podstawiał dygocącemu, zapewne ze zdenerwowania i strachu, mężczyźnie pod nos arkusz papieru wraz z zapakowaną w papier paczką.
Tymczasem strażnik pilnujący porządku na górze, bez ceregieli popychał gapiów, krzycząc:
– Wynocha stąd! Tutaj nie macie czego szukać. Bo wezwę policję!
Parę osób odeszło, ale większość, pomimo że w pierwszej chwili się cofnęła, po paru sekundach, mrucząc między sobą, podeszła bliżej.
– To, co robicie to bezprawie! –  krzyknął ktoś z tłumu.
Strażnik popatrzył groźnie w kierunku krzyczącego i podszedł do niego, wyjmując pałkę. Wystraszony mężczyzna schował się za plecami stojących i – nie czekając na dalszy ciąg – szybko się oddalił. Ponieważ trochę się uspokoiło, a z okien nie wyrzucano już nic więcej, tłum powoli zaczął rzednąć. Przed kamienicą pozostali tylko lokatorzy, których wcześniej wypędzono z domu na ulicę. Po kilku minutach, także i ci zaczęli wchodzić do domu. Nikt nie zwrócił uwagi na nastolatka, który przyleciał nie wiadomo skąd, wbiegł bez zastanowienia do domu i zbiegł do piwnicy. Na moment jego kroki ucichły, jakby próbował rozeznać się w mrocznych korytarzach.
Chwilę zanim nastolatek zbiegł do piwnicy, ochroniarz naciskał na staruszka.
– Podpisuj to, bierz pieniądze i spierdalaj. Nie chcę cię tutaj więcej widzieć! – wrzeszczał na staruszka. Oprawca, wyższy o dwie głowy od swej ofiary, przygniatał staruszka z całych sił do muru, mówiąc syczącym głosem:
– Ostatni raz ci tłumaczę, podpisuj i wypierdalaj bo…
Wtedy usłyszał, że ktoś się zbliża i zamarł. Jeszcze mocniej przydusił swoją ofiarę, zatykając staruszkowi usta paczką. Staruszek, także usłyszał kroki i widząc dla siebie szansę ratunku, zaczął się wyrywać. Niestety jego opór był bezskuteczny. Opryszek w mundurze znacznie przewyższał wzrostem i siłą swoją ofiarę. Przy nim ten sędziwy człowiek wyglądał raczej na schorowanego, astmatycznego urzędniczynę, a on na kulturystę, który godzinami siedzi na siłowni i pompuje mięśnie. Maltretowany, mimo wszystko próbował wołać o pomoc, lecz napastnik przycisnął go mocno do muru, wciskając mu równocześnie z całej siły w usta paczkę. Staruszek wydawał tylko przytłumione gardłowe dźwięki.
Ochroniarz wiedział, że musi działać szybko. Bez wysiłku, jedną ręką podniósł staruszka w górę i cisnął go do mrocznej piwnicy. Pewnie spodziewał się, że piwnica jest większa i użył zbyt dużej siły. Gdy usłyszał głuche uderzenie głowy o mur, zaklął niecenzuralnie. Wiedział, co się stało. Zauważył jak ciemniejszy od ściany, bezwładny kształt osunął się na betonową posadzkę. Obok głowy ofiary, pomimo panującego półmroku, można było dostrzec, powiększającą się ciemną plamę. Krew.
W chwili, gdy ciało uderzyło o mur, tuż za drzwiami piwnicy rozległ się okrzyk grozy. Tego oprawca się nie spodziewał i już zamierzał rzucić się w kierunku niepożądanego świadka zajścia… gdy do jego uszu doleciał tupot podkutych butów i wołanie:
– Stać policja!
Ochroniarz rzucił, trzymaną jeszcze do tej pory paczkę w ciemny kąt piwnicy i okropnie klnąc pod nosem, wyszedł na korytarz.
– Nie widział pan jakiegoś młodego człowieka, wbiegającego tutaj przed chwilą? – zapytał policjant, widząc przed sobą ochroniarza.
– Nie nikogo nie widziałem – powiedział niepewnym głosem i udał się w kierunku wyjścia z piwnicy, lekko popychając policjanta. – Nie, nikogo tutaj nie było. Przeszukałem właśnie wszystkie piwnice, ale nikt z lokatorów się tutaj nie ukrył. Jest czysto.
– Znajdziemy szczeniaka – poufale powiedział policjant. – Być może wbiegł do ogrodu. Nie ujdzie nam. Mamy jego dokładny rysopis.
Mężczyźni, rozmawiając wyszli na ulicę.
Natomiast chłopiec, który był przypadkowym świadkiem zajścia, kucał w ciemnej piwnicy jak sparaliżowany. Milczał. Obok niego, na posadzce, w wykrzywionej pozie, leżały bezwładne zwłoki. Na ścianie, na wysokości kolan, widoczna była ciemniejsza rozmazana plama. Krwawy ślad, miejsce gdzie uderzyła głowa ofiary. Młodzieniec był jak zahipnotyzowany.
– Nie żyje? – usłyszał za sobą pytanie. Przestraszony czyjąś niespodziewaną obecnością, odskoczył na krok i obejrzał się. W drzwiach stał jakiś nieznany mu rówieśnik.
– Co tutaj robisz? – zapytał nieznajomy.
– Teraz nie pora na rozmowy. Zwiewajmy stąd, bo będzie z nami krucho. Widziałeś to zajście?
– Niestety tak.
– Ja widziałem tego, który to zrobił. No to nie mamy tutaj czego szukać. W nogi – powiedział nieznajomy nastolatek.
– Znam tylne wyjście – dodał, ocierając ukradkiem łzy. – Mieszkam tutaj. Wyjdziemy przez ogród. Nikt nas nie zobaczy.
Niezauważeni przez nikogo chłopcy, wyszli na małą uliczkę, sąsiadującą z ogrodem i pobiegli przed siebie. Nikt ich jednak nie gonił. W ogrodzie, w pokrytych świeżą zielenią drzewach, kwiliły ptaki, jakby nic się nie wydarzyło. Był piękny, czerwcowy, późny poranek. Powietrze pachniało kwitnącymi kwiatami. Właśnie tego dnia rozpoczęły się wakacje. Przed domem, w którym rozegrała się ta tragiczna historia, zrobiło się  zupełnie cicho. Ochroniarze już odjechali. Jedynie policjant rozmawiał jeszcze z kimś, lecz ten potrząsnął przecząco głową. Na chodniku zostały porozbijane meble staruszka – tego, którego przed chwilą zamordowano. Ale o tym jeszcze nikt nie wiedział.
Lokatorzy, gdy trochę się uspokoili, szukali właściciela budynku – znaleźli jego zwłoki w piwnicy. Wtedy na pobliskiej wieży kościelnej, zegar wybił godzinę pierwszą. Zanim przejechała policja, upłynęło jeszcze pół godziny.
Patryk
Dwójka nastolatków biegła, potrącając przechodniów i ciągle oglądając się za siebie. Swoim zachowaniem wywoływali nieprzyjazne komentarze. Jednak w tej chwili zupełnie ich to nie interesowało. Chcieli być jak najdalej od tego nieszczęsnego miejsca. Gdy tracili już oddech, obejrzeli się za siebie i jeden z chłopców powiedział:
– Ty, słuchaj, nikt nas nie ściga. Odpocznijmy trochę. Nie mogę złapać tchu. –  Przystanęli ciężko oddychając.
– Nie, nie tutaj! Nie zatrzymujmy się jeszcze, chodź pojedziemy kilka przystanków tramwajem, odpoczniemy potem – odezwał się drugi. – Słuchaj, jak ci na imię i skąd się wziąłeś w naszej piwnicy? Dlaczego uciekałeś?
– Ja? Na imię mam Patryk.
– Słuchaj Patryk, ten policjant ciebie szukał? – powiedział czarnowłosy młodzieniec do swego kolegi, gdy jechali już tramwajem w kierunku centrum.
– A ty? Jak ty masz na imię?
– Damian. Ale ja się ciebie pierwszy zapytałem. Skąd wziąłeś się w tej piwnicy?
– Uciekłem przed policją. Wbiegłem tam zupełnie przypadkowo.
– A dlaczego goniła cię policja? Zbroiłeś coś i rozesłali za tobą list gończy?
– Nie. Tak źle to znowu nie było. Mam po prostu pecha. Zawsze znajdę się tam, gdzie coś złego się wydarzy. Tym razem byłem w pobliżu, no powiedzmy za blisko, pewnego wydarzenia, a potem ta heca w piwnicy. Taki już mój los.
– A przed tą hecą, jak to nazwałeś, co było?
– Spacerowałem po targowisku i jakiś chłopiec mnie zagadał. W tym czasie jego kumpel wyrwał jakiejś frajerce portfel i obaj zwiali. Od razu podejrzenie padło na mnie, że niby jestem z nimi w zmowie i zawołano policjanta, który był właśnie w pobliżu. Na szczęście go zauważyłem, wolałem nie czekać. Wyrwałem się tej pani i dałem drapaka, a policjant pobiegł za mną. Resztę już wiesz.
– A nie mogłeś, zamiast zwiewać, wytłumaczyć, że ty ich nie znałeś. Po co uciekłeś? Nie mogłeś powiedzieć prawdy, że ich nie znasz. Ucieczką w jakiś sposób przyznałeś się, że brałeś w tym udział.
– Problem w tym, że oni są z tego samego poprawczaka. Nie chciałem ich zakapować i nie chciałem też kłamać. Są od niedawna. Właściwie ich nie znam. Mam jeszcze inne pechowe sprawki na sumieniu, takie tam, stare, drobne… Uwaga! Schyl się – powiedział Patryk, urywając rozmowę.
Chłopcy kucnęli. Obok tramwaju, bardzo wolno przejechał jeep, w którym siedzieli ochroniarze, bacznie rozglądając się wokoło.
– To są chyba gangsterzy, udają tylko ochroniarzy. Szukają nas – odezwał się Damian. – Dobrze, że nas nie zauważyli. Może wysiądźmy tutaj skoro mamy ich przed sobą. W tym tłumie jakoś się schowamy. Ty, Patryk, czy oni cię widzieli?
– Nie, nie mam pojęcia! A ciebie?
– Raczej nie. Siedziałem od samego początku tej awantury w piwnicy. Wobec tego oni nie wiedzą kogo szukają. Masz jakiś plan? Co robimy? – pytał Damian.
– Coś się zobaczy.
Na najbliższym przystanku wysiedli z tramwaju i wmieszali się w tłum przechodniów. Przeszli kilkadziesiąt metrów, gdy nagle Damian pociągnął Patryka za rękaw i wciągnął go do sklepu.
– Panowie, proszę o chwilę cierpliwości. Załatwię z tą panią to was obsłużę – powiedziała jakaś młoda kobieta w stroju podobnym do stewardessy. – Proszę sobie w tym czasie przeglądnąć prospekty.
– Ale chryja.
– Ty, może to właśnie jest boska opatrzność. Jesteśmy w biurze podróży. Weźmy jakieś wczasy, najlepiej zagraniczne. Za granicą nie będą nas szukać.
– Bardzo dobry pomysł, ale skąd wziąć forsę? Ja mam dwadzieścia złotych. Za to możemy dojechać za granicę, ale miasta…
– Ja funduję. Mam forsę. Zobacz – powiedział Patryk, wskazując na dość pokaźną paczkę ukrytą pod wiatrówką. – Słyszałem jak ten opryszek mówił o forsie, więc gdy ty sterczałeś jak paralityk, ja zabrałem ją z tej piwnicy.
– Ty masz tę paczkę, którą ten morderca tam wrzucił? To jest paczka tych gangsterów. Poznaję ją – powiedział szeptem Damian, a Patryk wzruszył tylko ramionami i przytaknął. – Ty buchnąłeś im tę paczkę? No ładnie. Człowieku to jest chyba mafia?! Ty mafii buchnąłeś pieniądze! Wiesz ile tam jest w tej paczce? Dwieście tysięcy złotych – szeptał Damian, nie czekając na odpowiedź kolegi. – Te pieniądze wpychali mojemu wujkowi za dom. Ale on nie chciał im go sprzedać i ten byk, ten w mundurze ochroniarza, zamordował go.
– Ten zabity to był twój wujek? Przykro mi. Serdeczne współczucie. Ale za to uciekniemy im za ich pieniądze.
– Oni nam nie darują – powiedział Damian. – Choć właściwie to nic nie widzieliśmy. Ale wiemy niestety kto zabił! Buchnęliśmy im pieniądze i wiedzą, że jesteśmy świadkami. Będą nas ścigali po całej Europie.
– No to co? Mam im oddać te pieniądze, przeprosić, że je zabrałem i powiedzieć, że nic nie widziałem? Już za to wykończą nas obojętnie gdzie będziemy. Te pieniądze to dla nich pestka. Zabijają za mniejszy szmal, a czasem nawet bez powodu. Mówię ci, zwiewajmy. Na szczęście mam dowód osobisty przy sobie, a ty?
– Ja też – odpowiedział Damian. – Będziemy mogli swobodnie poruszać się po Europie, rozpoczęły się wakacje… No to możemy powiedzieć, że mamy szczęście. Może będzie nam dalej sprzyjać.
– No panowie, co mogę dla was zrobić? – bardzo uprzejmym głosem zapytała pani zza biurka.
Chłopcy, zajęci obserwowaniem ulicy i wzajemną rozmową, nawet nie zauważyli, że klientka już wyszła.
– Zdecydowaliście się dokąd chcecie pojechać?
– Nas interesują oferty last minute. Ma pani coś choćby na już, byle daleko? – zapytał Damian.
– Mam akurat dwa miejsca, ale nie zdążycie już zapłacić, bo potrzebne będzie potwierdzenie przelewu z banku. Autobus odjeżdża z dworca za godzinę, ale dokumenty muszę dać kierowcy za piętnaście minut.
– A dokąd jest ta wycieczka? Może byśmy się zdecydowali pojechać.
– Do Francji. Bardzo ciekawa wycieczka studyjna. Zwiedzanie doliny i renesansowych zamków nad Loarą. Początek w Fontainebleau. Tam jest pierwszy nocleg.
– To bardzo interesujące. A można zapłacić gotówką? – zapytał Patryk.
– No, jeżeli macie tyle pieniędzy przy sobie… Ale to nie jest tania wycieczka! No, ale żarty na bok. O co wam chodzi?
– My, proszę pani, bierzemy tę wycieczkę.
– Panowie, wolne żarty! Wycieczka kosztuje osiemset euro od osoby. Jest to ośmiodniowy wyjazd. W cenie jest wolny wstęp tylko do muzeów w Fontainebleau, Blois i Chambord. Za wejście do innych zamków musielibyście zapłacić sobie sami. W cenie są także obfite śniadania i obiadokolacje. A teraz poważnie, dokąd chcecie jechać?
– My całkiem poważnie. Tylko, że my nie mamy euro, a złotówki.
Nic nie szkodzi. Jeżeli macie wystarczająco dużo pieniędzy, to mogę was skasować. Mamy odpowiedni przelicznik. To wobec tego proszę o dowody osobiste i pieniądze. W sumie macie szczęście, bo ja jestem właścicielką. Gdyby tu, na moim miejscu, siedziała moja pracownica, to musielibyście dokonać wpłaty w banku. Jej nie wolno brać gotówki. Muszę spisać wasze dane, wypisać bilety i uzupełnić listę. Muszę przyznać, że takich klientów jeszcze nie miałam.
– Przepraszam, mogę skorzystać z toalety? Muszę na chwilkę… – zapytał Patryk.
– Proszę bardzo, ale niech pan zostawi dowód osobisty.
Po chwili Patryk wrócił z ubikacji i odliczył należność.
– Proszę, oto gotówka.
Właścicielka biura wypisała jeszcze jakieś formularze, a gdy przeliczała pieniądze, do biura wszedł kierowca luksusowego autobusu, warczącego tuż pod oknami wystawowymi biura.
– Panie Adamie, jeszcze chwileczkę! Ci młodzi panowie zabiorą się z panem. Już kończę wypisywać formalności. Zaraz lista będzie gotowa.
– Wspaniale! Mamy pełne obłożenie, a na początku wydawało się, że będziemy musieli odwołać wyjazd.
Damian, który cały czas zza licznych reklam stojących w oknie zerkał na ulicę, ścisnął nagle ręka Patryka tak mocno, że ten aż syknął. Ulicą, bardzo wolno jechał samochód – ten sam, który widzieli wcześniej. Mieli szczęście, że autobus parkował częściowo na chodniku, zasłaniając większą część olbrzymiego okna wystawowego biura podróży. Bandyci, bo co do tego młodzieńcy nie mieli żadnych wątpliwości, mogliby sobie skojarzyć, że uciekinierzy będą próbowali opuścić miasto. Nie trudno sobie wyobrazić, co by się wtedy stało. Widzieli ich jeszcze, jak po kilkudziesięciu metrach jeep dodał gazu i szybko odjechał.
– Ty, Patryk, nie zauważyli nas czasem? – szeptem zapytał Damian.
– Gdyby nas zauważyli pewnie by już tutaj byli.
– Chyba nie pojechali po pomoc na policję – próbował szeptem żartować Patryk. – I tak szukają na ślepo, bo nie wiedzą kogo. Chyba są w rozpaczy – żartował dalej i obaj po raz pierwszy się uśmiechnęli.
– Panowie, wszystko gotowe. Możecie od razu zabrać się tym autobusem. Gdzie macie bagaże?
– A, bagaże… – zawahał się Patryk. – Dowiozą nam. 
– No to powodzenia! Przyjemnego pobytu.
Szef
Wieczorem, pod położoną w parku, ogrodzoną bardzo wysokim murowanym płotem willę, podjechał jeep. Po chwili metalowa brama powoli się rozsunęła i samochód zniknął na końcu długiej alejki. Brama automatycznie się za nim zamknęła. Do willi weszli dwaj mężczyźni.
– Co macie mi do powiedzenia? – zapytał mężczyzna, siedzący na kanapie z wyciągniętymi i szeroko rozpartymi nogami, tuż przy których, na baczność, stało dwóch potężnych mężczyzn.
– Szefie, to szef już wie? Szef sam powiedział, że miała to być łatwa robota. Ale już od samego początku, jak tylko przyjechaliśmy, zbiegło się dużo ludzi. Nie wiem, może ten facet dowiedział się wcześniej i wezwał pomoc?
Mężczyzna siedzący na kanapie ciągle milczał i wpatrywał się w stojących przed nim ochroniarzy. Zapanowała długa cisza. Stojący zaczęli się nerwowo ruszać,  spoglądajłc na siebie bezradnie. Milczenie przerwał mężczyzna zwany szefem.
– Myślałem, że zatrudniłem profesjonalistów. A powiedzcie, kogo ja zatrudniłem? Mieliście znakomite referencje z policji, a niektórzy z was także z ABW. I co? Zapierdoliliście taką prostą sprawę! Powinienem wam nogi z dupy powyrywać. Zachowaliście się jak ostatni amatorzy! To może mnie wiele kosztować! Ale przede wszystkim was będzie to bardzo dużo kosztować! Może nawet moje stosunki mi nie pomogą! A teraz, Gruby, powiedz mi – zwrócił się do jednego z jego ludzi. – Jak to było? Ale muszę znać każdy szczegół.
Mężczyzna zwany Grubym opowiedział dokładnie co się wydarzyło, a gdy doszedł do miejsca, gdy wrzucił do piwnicy ofiarę i usłyszał stamtąd krzyk, więc w panice wrzucił tam także pieniąądze, bo policjant był już tuż… Wtedy jego szef mu przerwał.
– Pieniądze oczywiście zaraz zabrałeś?
– Niestety nie, szefie. Przyszedł zaraz ten glina i musieliśmy się zwijać. Nie mogliśmy tam dłużej zostać. Będziemy musieli się tłumaczyć też z tej akcji na policji. Bo ja rozmawiałem z tym gliną. On ścigał jakiegoś chłopaka. Wtedy nie wiedziałem, kto to był, nie byłem jeszcze gotowy z tym starym, gdy ktoś wbiegł, a zaraz potem wszedł ten glina. Może szef coś wymyśli?
– Ja? Ja mam ratować wasze dupy? Ja się w ogóle nie przyznam, że wiedziałem o akcji. Jakby co, powiem, że działaliście na własną rękę. A nie wpadło wam czasem do waszych zakutych łbów, by za jakiś czas wrócić i zabrać pieniądze? O ile tej paczki wcześniej nie zabrał ten stary lub ten, który wbiegł do tej piwnicy?
– Wpadło mi, szefie. Gdy przyjechaliśmy na miejsce było tam bardzo dużo policji i karetka pogotowia. Chyba coś się musiało jeszcze później stać. Nie zatrzymując się, pojechaliśmy więc dalej.
– Ktoś rozpoznał wasz samochód?
– Na pewno nie, bo zamieniliśmy samochody i wzięliśmy ten szefa.
– Chyba oszaleliście! A jeżeli ktoś zapisał numer rejestracyjny? Jesteście bandą amatorów! Już ja wam za to zapłacę! Macie dwadzieścia cztery godziny na odnalezienie forsy! I pamiętajcie… Ja was nie znam!
Wtem zadzwonił telefon. Mężczyzna powiedział:
 – Zaczekajcie jeszcze. – I odebrał telefon. – Halo, słucham Halecki… O, cześć Kazik. – Przez chwilę słuchał uważnie, groźnie spoglądając na swoje komando.  – Nie, ja z tą sprawą nie mam nic wspólnego. To może któryś z moich ludzi przypadkowo przejeżdżał tamtędy moim samochodem. Wpadnij wieczorem, o dziewiątej, na wódkę. Będę miał trochę gości. Poznasz tego nowego ministra. Jak to jakiego? Z twojego resortu. Może ci się przydać. No to cześć.
– Ładnego piwa naważyliście. Do rozboju, bo tak to określa policja, doszło jeszcze oskarżenie o morderstwo.
– Jakie morderstwo, szefie? To nie my! Ja tego faceta tylko wrzuciłem do piwnicy, bo usłyszałem jak zbliża się ten glina. Mam wprawne uszy, policyjne buty rozpoznam z daleka. Ja go nie zabiłem. Najwyżej mógł się potłuc. Może zabił go ten, który tam siedział, ten którego ten policjant szukał? Zabił staruszka i zabrał pieniądze. To by nawet pasowało. Nic więcej nie wiem, mogę przysiąc.
– Gruby, wiesz co znaczą dla mnie twoje przysięgi? Gówno… i więcej nic! – krzyczał, ale po chwili powiedział już spokojniejszym głosem. – Szukaliście tego, który tam siedział?
– Tak. Tylko, że ja go nie widziałem i nie wiadomo było kogo szukać.
– Gruby, jeszcze raz, skąd ten ktoś wziął się w tej piwnicy?
– Przyszedł, a właściwie wleciał, do piwnicy. Wtedy myślałem, że czegoś szuka, bo słyszałem jego kroki jak chodził po zakamarkach. Pewnie wszedł do tej piwnicy, do której wrzuciłem tego typa, jakimś tylnym wejściem, może z drugiej strony, z innego korytarza. Nie wiem jak się tam znalazł, nie było światła. A dalej szef już wie.
– Pamiętajcie, ja o tej akcji nic nie wiedziałem. Była to wasza fucha, której ze mną nie uzgadnialiście. Stoi?
– OK, szefie, stoi! Powiemy, że jakiś nieznajomy facet telefonicznie zlecił nam tę robotę. Znajdziemy tego typa, choćby pod ziemią!
Gdy goryle oddalili się, Halecki usiadł przy biurku, które zajmowało większą część pokoju. Wklepywał jakiś tekst do swojego laptopa. Potem postawił sobie pasjansa. Nie spostrzegł nawet, gdy do pokoju weszła dużo młodsza od niego kobieta i usiadła na kanapie, stojącej w kącie pokoju, odsłaniając bardzo zgrabne, długie nogi.
– Ty ciągle jesteś zajęty tym swoim komputerem i nawet nie wiesz, że twoja żona sprzedała dzisiaj całą wycieczkę. Sprzedałam komplet! Rozumiesz? Jak tak dalej pójdzie, to będę miała większe zyski niż ty z tej twojej polityki.
– To dobrze, kochanie. Chyba po to ci to biuro założyłem, żebyś robiła zyski. Nieprawdaż? – powiedział Halecki, nie odrywając wzroku od monitora.
– Oczywiście kochanie. Ale dzisiaj miałam naprawdę fart. Niemal do ostatniej minuty zostały dwa niesprzedane miejsca nawycieczkę do Francji. Myślałam, że już wyjdę na niej na zero, a tu zjawiło się dwóch nastolatków i ni stąd, ni zowąd kupili je i do tego zapłacili gotówką. Wyobraź sobie tylko, na tej wycieczce zarobiłam na czysto kilka tysięcy złotych. Skąd tacy młodzi ludzie mają tyle forsy?
– Co? Co mówiłaś? – zapytał Halicki, ciągle patrząc w komputer.
– Zastanawiałam się, skąd tacy młodzi ludzie mają tyle pieniędzy?
– Pewnie mają bogatych rodziców. Daj mi trochę jeszcze popracować. Która godzina? – Nie czekając na odpowiedź, spojrzał na wyświetloną w laptopie godzinę i dodał:
 – O, już ósma! Przyjdzie paru gości na kolację. Miałem ciężki dzień, musimy się trochę zabawić.

Kommentar schreiben

Kommentare: 0

Leseprobe

Das Buch finden Sie hier: link

Zdjęcia do książki

Bilder zum Buch