OKOWY ZMYSŁOW

 

1 Fragment powieści

 

Autor: Bruno Wioska, Ilustracje: Margot Bakenda

 Człowiek musi ciągle obserwować, musi rozmyślać: Kto nie rozmyśla, często się myli.

Leonardo da Vinci

 

 

W Rzymie panował tego dnia nieznośny upał, pomimo że był to dopiero początek maja. Skale termometrów przekroczyły 40 stopni Celsjusza w cieniu. Schody na placu Hiszpańskim, na których w normalny dzień gromadziły się tłumy młodzieży, były tak nagrzane od palącego słońca, że wszyscy omijali je z daleka. Spocony tłum turystów daremnie szukał chłodniejszych miejsc. We wszystkich parkach i na placach, gdzie było choćby trochę cienia, odpoczywali nieliczni turyści, rezygnując tego dnia z podziwiania zabytków. Można ich było spotkać leżących nawet w kościelnych ławkach, gdzie zmęczeni skwarem dnia starali się poczekać na wieczorne ochłodzenie. Forum Romanum, rojące się zazwyczaj od zwiedzających, świeciło pustkami.

Tego dnia nic nie było normalne. Ulicy wyludniły się, samochodów osobowych prawie nie było widać, tylko syreny karetek pogotowia wypełniały miasto przeraźliwym wyciem. Widocznie co chwila ktoś potrzebował pomocy. Gdzieś w pobliżu mego hotelu gwałtownie urwało się wycie syreny, by po kilkunastu sekundach zawyć znowu przeraźliwie i oddalając się, w odległych ulicach, ucichnąć. Autobusy, w których zawsze było tłoczno jak w puszcze sardynek, jeździły tego dnia puste.

Do Muzeum Watykańskiego, o którym powiadano, że tylko tam tego dnia nie zepsuła się klimatyzacja, ustawiła się długa kolejka przepoconych i zmęczonych upałem ludzi. Jego wnętrza przepełnione były po brzegi, a tłum, popychając się wzajemnie, sunął krok po kroku przez komnaty. Takiego nalotu Watykan jeszcze nie przeżył. Ale przynajmniej w nim w miarę chłodne pomieszczenia, choć nieco podgrzane oddechami i temperaturą setek rozgrzanych ciał zwiedzających, przynosiły na czas pobytu ulgę. Służby porządkowe ponaglały zwiedzających do przechodzenia do kolejnych komnat i do szybszego opuszczenia muzeum, bo przed kasami zniecierpliwieni turyści tłoczyli się i głośno narzekali na organizację. Porządkowi, porozumiewając się krótkofalówkami, starali się kierować ruch zwiedzających także do pomieszczeń, które nie należały do tej pory do najbardziej ulubionych. W tym dniu nawet zbiory Etruskie i Egipskie zalały tłumy. Ale nie dzieła były głównym powodem odwiedzin, lecz nieco chłodniejsze pomieszczenia.

Obsługa techniczna dwoiła się i troiła, by nie dopuścić do przegrzania sal. Mimo wszystko klimatyzacja ciągle się psuła, choć cały czas znajdowała się pod kontrolą konserwatorów. Skutki zawilgocenia powietrza mogłyby spowodować nieodwracalne szkody w gromadzonych od wieków drogocennych zbiorach.

Popędzany przez dyżurujące służby i napierany z tyłu przez tłumy zwiedzających dotarłem do apartamentów papieża Aleksandra VI.

Gdy znalazłem się w Sali Sybilli, ktoś zatrzasnął za mną drzwi. – „Pewnie ochrona – pomyślałem – by skierować ruch do innych wnętrz i uniknąć tłoku w Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie każdy koniecznie chciałby zobaczyć słynne malowidła Buonarrotiego”. Gdy ostatni zwiedzający opuszczali salę, zobaczyłem na podłodze leżącego w kałuży krwi człowieka. Przy nim, na klęczkach, łkała jakaś – sądząc po sylwetce – młoda kobieta.

– Co się stało? – zapytałem. – Wezwę pomocy! – Sięgnąłem po telefon. Naturalnie zapomniałem, że zgodnie z regulaminem muzeum wcześniej wyłączyłem go.

– Tutaj nie wolno telefonować – nie przestając szlochać, powiedziała kobieta lekko podnosząc głowę.

Mimo rozmazanych na jej twarzy łez, wyglądała bardzo atrakcyjnie. Miała około trzydziestu lat. Jej długie kręcone blond włosy opadały na szczupłe ramiona. Ubrana była bardzo gustownie z elegancką skromnością.

– Widzi pan? – zapytała i nie czekając na moją odpowiedź dodała: –To jest Alfons!

– Tak, oczywiście, że widzę. Dziwi mnie tylko to, że ten tłum, ci wszyscy ludzie, którzy jeszcze przed chwilą byli w tej komnacie, nie zauważyli tego i nie zareagowali. Nikt nie pośpieszył z pomocą. Udawali, że nic się nie wydarzyło! Cóż za straszna znieczulica! Ale co się stało? Musimy wezwać pomocy, lekarza...

– Nie, już nie potrzeba – powiedziała, podnosząc się zgrabnie. Otrzepała obcisłą sukienkę i podając mi, jak do pocałunku, nad wyraz bladą dłoń – przedstawiła się.

– Mam na imię Lukrecja. To bardzo dziwne, że pan to widział. Nigdy do tej pory nikt na nas nie zwrócił uwagi.

– Co w tym dziwnego? Ale właśnie to, co pani mówi brzmi bardzo dziwnie. Jak to nigdy do tej pory nikt nie zwrócił na państwa uwagi. Nie bardzo rozumiem, co ma pani na myśli. Powiem pani, na mnie też nikt nigdy nie zwraca uwagi. Czasem mam trudności, by w towarzystwie w rozmowie przebić się i coś powiedzieć. Ale pozwoli pani, że się przedstawię, jestem Kordian. Bardzo mi przyjemnie, pozwoli pani, że wytrę jej twarz, jest cała zalana łzami – powiedziałem nieco zdziwiony moją odwagą i wyjąłem chusteczkę. Lukrecja nadstawiła twarz jak mała dziewczynka, zamykając przy tym oczy. Wycierając jej policzki starałem się zrobić to jak najbardziej delikatnie. Jej cera była blada i tak delikatna, że aż prawie przezroczysta. Gdy kończyłem, zgrabnie musnęła ustami moją dłoń. Swym zachowaniem , oczywiście zaskoczyła mnie. Inaczej nie pozwoliłbym, by młoda i ładna, bardzo atrakcyjna kobieta całowała mnie w rękę. Przyznam się, że ten całus zawstydził mnie i równocześnie oszołomił.

– Co pani robi? Zawstydza mnie pani.

– Jesteś wyjątkowy. Ty jesteś tym człowiekiem – powiedziała, akcentując słowo „ty”. Dziesiątki osób od lat przechodziło tędy i nikt nie widział tego, co się stało. Dopiero teraz ty. Nareszcie!

– Nie jestem wyjątkowym człowiekiem – powiedziałem wtedy, nie przywiązując wagi do znaczenia słów: „... dziesiątki osób od lat przechodziło tędy...”. Zrozumiałem to dopiero później. Wtedy nie przypuszczałem, że przypadnie mi ważna rola w bardzo dziwnym, do końca niezrozumiałym, rzymskim spektaklu. – Nie jestem wcale wyjątkowym człowiekiem. To tylko inni wolą nic nie widzieć. Nikt nie chce mieć kłopotów. Ale myślę, że nie czas na konwersacje. Musimy pomóc temu biedakowi – powiedziałem i wskazałem leżącego na podłodze człowieka. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że miejsce to było puste. Jeszcze przed chwilą leżący tam mężczyzna – zniknął. Nie zauważyłem też na podłodze żadnych śladów krwi. Podłoga w tym miejscu świeciła wypolerowanym marmurem. Mógłbym przysiąc także, że do komnaty w ostatnich minutach nikt nie wchodził. Przetarłem ze zdziwienia oczy.

– Gdzie on jest? – zapytałem nieznajomą kobietę, wskazując na puste miejsce.

– Alfons? – zapytała. – Nie żyje!

– Jak to nie żyje. I pani to mówi z takim spokojem? Nie mógł przecież sam zniknąć. Widziałem go tutaj, przed momentem, leżącego w kałuży. Nie mógł tak zniknąć, tym bardziej że – jak sama pani utrzymuje – nie żył. Cóż to za komedia? Co znaczy ta cała inscenizacja? Kpi pani sobie ze mnie?

– Uspokój się, proszę. Dziękuję, że zainteresowałeś się Alfonsem. Nie robisz tego czasem tylko z grzeczności? Zaintrygowała cię ta sytuacja? – zapytała.

– W takich chwilach, gdy trzeba pomóc człowiekowi, grzeczność jest nieistotna. Oczywiście, że mnie to intryguje – ale ponad wszystko to mnie bulwersuje. Przecież to nienormalne, że nieżyjący człowiek znika wraz z kałużą krwi w której leżał, jakby się pod ziemię zapadł i nikt nic nie widział.

– Tak, to skomplikowana historia. Jeżeli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej, to wpadnij wieczorem na drinka do In Sigillo na Via del Cardello. To w pobliżu twego hotelu – powiedziała podając mi jakiś bilecik.

Zdziwiony, skąd wie, w którym hotelu mieszkam, chciałem ją o to zapytać, ale wybiegła szybko z komnaty i znikła w następnym pomieszczeniu. Wszedłem tam w nadziei, że ją jeszcze zobaczę, ale również i ta sala była już pusta, nie licząc stojącego przy drzwiach stróża porządku.

Przyjrzałem mu się z zainteresowaniem. Wyglądał dość osobliwie. Na głowie miał coś bardzo staroświeckiego, co przypominało czapkę lub beret. Zapewne podobne nakrycie można by znaleźć w średniowiecznych kolekcjach watykańskich. Sprawiał wrażenie człowieka bardzo silnego i zwinnego, a szpiczasta, krótko obcięta broda dodawała mu powagi. Moją uwagę przykuły jego głębokie oczy. To były oczy człowieka nie znoszącego sprzeciwu. Mimo niecodziennego i zagadkowego wyglądu, już na pierwszy rzut oka budził respekt.

– Widział pan wychodzącą stąd młodą kobietę? – zapytałem najuprzejmiej jak tylko mogłem.

– Nie, nikogo wychodzącego nie widziałem. Ale co pan właściwie tutaj robi? Sam przed chwilą sprawdzałem te pomieszczenia i nikogo nie zauważyłem. Skąd się pan tutaj wziął? Zamknęliśmy tę komnatę przed godziną, by obniżyć wilgotność powietrza. Ludzie tak się pocą, że nasza klimatyzacja nie nadąża schładzać pomieszczenia i wilgotnościomierze włączają nam ciągle alarm. Radzę panu przejść dalej, bo może mieć pan nieprzyjemności – powiedział to takim tonem, że nie ośmieliłem się nawet tłumaczyć. Wydukałem tylko:

– Dziękuję panu, panie...?

– Cesare – dostojnie przedstawił się stróż porządku, podnosząc przy tym nieco wyżej głowę i wysuwając prawą nogę.

– Dziękuję panu, panie Cesare, za ostrzeżenie. – powiedziałem i jakoś machinalnie ukłoniłem się.

– No, zachowuje się pan całkiem rozsądnie. Niewykluczone, że się zobaczymy – powiedział to tonem nawykłym do rozkazywania, więc nie miałem odwagi oponować. Skinąłem tylko na znak zgody głową. Chciałem go zapytać, dlaczego wydaje mu się, że się spotkamy, ale w tym samym momencie drzwi otworzyły się i do sali wszedł mężczyzna ubrany w typowy uniform stróża porządku, taki jakie noszą w Muzeum Watykańskim, a za nim cały tłum zwiedzających.

– Dlaczego te drzwi były zamknięte? Kto zamknął to pomieszczenie? – zapytał.

Chciałem wskazać na Cesare, ale jego już także nie było. Wzruszyłem tylko ramionami i udałem się do dalszych komnat.