Nic nie zapowiadało tego, co w tym dniu miało się wydarzyć. Pogoda, w porównaniu z wczorajszym dniem, poprawiła się zdecydowanie i od samego ranka świeciło słońce. Deszcze, prawie dwa tygodnie lejące w całej Europie, zniechęciły ludzi do opuszczenia swoich pieleszy. Ale tego dnia było inaczej. Temperatura skoczyła w górę, a bezchmurne niebo wróżyło nareszcie ciepłe lato.

Gero, zadowolony z nagłej zmiany aury, wstał z łóżka w doskonałym humorze. Kilka minut później pędził sportowym rowerem po nieco mokrej jeszcze szosie w kierunku leżących w dolinie Ahru winnic. Jeszcze wczoraj pokłócił się ze swoim szefem i w fatalnym nastroju opuścił redakcję lokalnego tygodnika. Miał dosyć pisania tekstów wychwalających miejscowych notabli lub opisywania zebrań hodowców królików czy miniaturowych kogucików. Może nie zrobiłby tego, gdyby nie rozmowa z redaktorem naczelnym bońskiego dziennika, który obiecał mu bardziej intratną współpracę. Co prawda, nie zaproponowano mu stałego uposażenia, a tylko współpracę, ale jak sobie obliczył, miesięcznie powinien zarobić więcej na dwóch lub trzech artykułach, niż w tym szmatławcu, jak nazywano popularnie jego macierzysty tygodnik. Uwolniony od nielubianej pracy, w dobrym humorze pędził przed siebie, radując się słońcem. W tej chwili pragnął tylko jednego: wyłączyć się od wszystkiego i rozkoszować piękną przyrodą.

Wiele sobie obiecywał po pobycie w małej wsi Vettelhoven, położonej około 15 minut jazdy samochodem od Bonn, a leżącej tuż pod lasem rozciągającym się daleko do Belgii. Szczególnie latem, przepojone aromatem łąk i lasu powietrze, pachnie prawie do godzin południowych.

Wieś leży na płaskowyżu i nikt z przyjezdnych nie domyśla się, jaka niespodzianka czeka go niespełna trzy kilometry od jego wakacyjnej kwatery. Stąd prowadzi droga do znanej z produkcji czerwonego wina miejscowości położonej już w dolinie rzeki Ahr, Dernau.

Gero mieszkał w Bonn dopiero od dwóch lat i nie znał jeszcze dobrze tych okolic, bowiem jako dziennikarz obsługiwał miejscowości położone bliżej Renu.

Rozpędził kolarzówkę, by się rozkoszować zjazdem serpentynami. Gdy przy kolejnym zakręcie zobaczył pomiędzy drzewami panoramę rozciągających się na zboczach doliny winnic, dziwnie zawirowało mu w głowie i zachwiał się. Zwolnił rower na tyle, by zobaczyć, czy nie złapał gumy. Zerknął szybko na koła, i stwierdził, że wszystko jest w porządku. Puścił hamulec i zaczął znowu nabierać szybkości ze stromej góry.

Droga stawała się coraz bardziej kręta. Przy następnym bardzo ostrym zakręcie, wszystko ponownie zawirowało mu w oczach i czuł jak traci kontrolę nad rowerem. W powietrzu, w tej samej chwili, rozległ się złowrogi pomruk przypominający odgłosy burzy. Kątem oka zauważył skaczące po jezdni tuż obok niego, oderwane od nawisu skalnego olbrzymie głazy, jakby nic nie ważyły. Z ogromnym wysiłkiem udało mu się je ominąć, wjechał jednak na rozmiękłe, nasiąknięte długo padającymi deszczami pobocze drogi i poczuł, że toczy się z wysokiego urwiska w dół. Miejsce to, na szczęście, było porośnięte gęstą trawą, która złagodziła upadek. Leżąc w dole, w pierwszym momencie nie wiedział, co się stało, dopiero po chwili dotarło do jego świadomości - trzęsienie ziemi. Zszokowany, leżał w dalszym ciągu bez ruchu. Po kilkunastu sekundach spokoju nastąpił następny wstrząs, ale krótkotrwały i ziemia wydała odgłos jakby grzmotu, który odbił się echem od góry. Gero usłyszał jak w pobliżu przetaczają się olbrzymie głazy.

Gdy się uspokoiło, rozejrzał się wkoło, by sprawdzić swoje położenie. Znalazł się w głębokim jarze. Nad nim wisiało skalne urwisko, na górze porośnięte sosnami, a dół porastała trawa i mchy. Leżał na dnie wśród omszałych kamiennych tablic. Czekał chwilę, co się jeszcze wydarzy. Nie był pewny, czy trzęsienie ziemi się powtórzy, ale zdawał sobie również sprawę z niebezpieczeństwa, jakie mu może zagrażać, gdy pozostanie w tym miejscu. W każdej chwili skały mogły się stoczyć na niego. Powietrze zalegała śmiertelna cisza. Natura zamilkła, jakby w oczekiwaniu na dalsze wydarzenia. Napięcie rosło...

Z wolna wracała mu świadomość. Żyje! Miał szczęście, że minął na czas wiszący tuż nad ulicą nawis skalny i potężne wielotonowe głazy w większości runęły tuż za nim, tocząc się przez szosę w głąb doliny, a nie doturlały się do rowu, w którym leżał. Do tej pory żadne takie zjawiska nie nawiedzały tej okolicy; przynajmniej o niczym podobnym nie słyszał.

Powoli dotarło do niego, co naprawdę się wydarzyło. Zaczął odczuwać ból. Próbował poruszyć głową, było wszystko w porządku; ale zauważył, że w czasie upadku rozbił kask ochronny. — Pewnie uderzyłem o jakiś głaz — pomyślał. Ręce, oprócz tego, że czuł silne potłuczenia i otarcia, były sprawne. Próbował usiąść. Pomimo bólu w ramieniu, podpierając się łokciem usiadł na kamiennej płycie. Zauważył, że z rozciętego kolana sączy się krew. Rozejrzał się po miejscu, w którym się znalazł i zauważył, że leżące płyty są powalonymi nagrobkami, a on znajduje się na jakimś maleńkim cmentarzu. Na leżących płytach nagrobnych czas pozostawił ślad. Prawie wszystkie leżały powalone na ziemi, niektóre z upływem czasu widocznie same przytuliły się do ziemi, a trzęsienie dokonało reszty zniszczenia. Gero zauważył, że napisy na tablicach były w języku hebrajskim. Uświadomił sobie, że znalazł się na jakimś cmentarzu żydowskim. Wstał i rozglądał się, czy nie zagraża mu niebezpieczeństwo od zwisających nad nim skał i czy powalone drzewa, wiszące groźnie nad urwiskiem nie obsuną się na niego? Wstał z trudem i zrobił krok, by wydostać się na ulicę, biegnącą parę metrów wyżej... i jego noga ugrzęzła, zapadając się po kolano w rozmiękłej ziemi. Wytężył wszystkie siły, by wygramolić się z tej pułapki, wtedy poczuł, że ziemia pod nim się obsuwa i znalazł się w jakimś dole. Tkwił niemal po pachy w dziurze. Nie miał wątpliwości — znalazł się w grobie.

— Jeszcze tego mi brakowało — pomyślał. — Planowałem wspaniały urlop i nowe życie, a tu masz ci los. Sterczę po szyję w grobie. Wewnętrzny głos podpowiadał mu — nie przesadzaj, Gero, nie po szyję, a tylko do pasa. Masz może swój temat. Może masz newsa.

Myśl, że znalazł interesujący temat artykułu, od razu dodała mu sił, a ciekawość pchnęła go do działania. Postanowił sprawdzić, co znajduje się w dziurze. Zapominając o bólu w ramieniu i w nodze, rozgrzebywał gołymi rękoma zmurszałą ziemię.

Po jakimś czasie otwór był na tyle duży, by na wysokości kolan odkryć jakieś spróchniałe deski, te które załamały się pod jego ciężarem, gdy usiłował się wydostać z dołu. Wyjął jedną z nich, która była w lepszym stanie. Teraz miał już narzędzie do pomocy. Nabierał ziemię deską i wysypywał ją na zewnątrz. Na szczęście gleba była dość pulchna i wkrótce ujrzał poszycie z desek. Po wyłamaniu reszty, zobaczył, że był to prymitywnie wykonany drewniany sarkofag, a on stał tuż przy podkurczonych nogach leżącego w nietypowej, jak na nieboszczyka, pozie. Szkielet leżał, nienormalnie wygięty, na prawym boku. Wyjął telefon komórkowy i sfotografował wnętrze grobu. Ocenił na pierwszy rzut oka, że grób może mieć więcej niż kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset lat. Nie mógł rozpoznać dokładnie w co ubrany był nieboszczyk, bo okrywały go tylko resztki strzępów materiału. Gdy próbował odsłonić z piersi kościotrupa coś, co kiedyś było okryciem zmarłego... tkanina rozpadła się na proch przy dotknięciu i ukazał się leżący na dnie grobu sztylet. Uwagę jego przykuł wystający rulon pożółkłego papieru, który nieboszczyk trzymał w ręce, przyciskając ją do piersi. Przyglądając się zwłokom dostrzegł, że czaszka jest nienormalnie przekręcona, jakby nieboszczyk miał skręcony kark. — Dlaczego szkielet leży na boku? Czyżby Żydzi w ten sposób chowali swoich zmarłych? — zastanawiał się. Zrobił kilka dalszych ujęć i ostrożnie próbował wysunąć z ręki kościotrupa zwój, ale papier zaczął się kruszyć. Rulon z biegiem czasu przykleił się do kości dłoni. Przeżegnał się, choć nie był zabobonny i poruszył szkielet. Resztki tkaniny rozsypały się, a zwój tkwił nadal w ręce kościotrupa. Nie mógł wyciągnąć w żaden sposób roli, by nie uszkodzić papieru. Sfotografował zbliżenie dłoni trzymającej rulon. — Nigdy nie wiadomo, jeszcze może się przydać. Tak przynajmniej robią prawdziwi detektywi — powiedział do siebie.

— Muszę ci trochę wyłamać palce — tłumaczył nieboszczykowi, czynił to z obrzydzeniem, ale zmysł dziennikarski podpowiadał mu, że musi to zrobić. — Wybacz, że zakłócam ci spokój — powiedział szeptem i znalezionym sztyletem wyłuskał rulon z uchwytu. Po chwili oba przedmioty, owinięte w jego przeciwdeszczową kurtkę, ostrożnie przymocował taśmą klejącą do rurki roweru.

— Sprawdzę to w pensjonacie. A teraz tylko stąd się wydostać — pomyślał. Był młodym i wysportowanym człowiekiem, ale wydostanie się z grobu z powodu potłuczeń sprawiło mu trudność. Stojąc nad grobem, popatrzył na rozgrzebane miejsce i postanowił zasypać go, na ile to możliwe. — Spoczywaj w pokoju — powiedział, gdy ziemia znalazła się znowu w dole. Nie przejmował się zbytnio, że ziemia nie wypełniła całego dołu.

Sprawdzając stan swego roweru zauważył, że tylko kierownica była skrzywiona i kilka szprych należało wyregulować. Można powiedzieć, że rower ucierpiał tak samo niewiele jak jego właściciel. — Chyba dojadę ten kawałek — pomyślał.

Po chwili stał już na szosie z rowerem gotowym do powrotu. Porozglądał się po okolicy i stwierdził, że oprócz oberwania skały i powalenia na skarpie kilku drzew nic się w tym miejscu nie wydarzyło. Nie było także w pobliżu ani jednego człowieka i nie pokazał się żaden samochód. Prawdopodobnie o tej porze wszyscy okoliczni mieszkańcy byli w pracy.

Gdy zjawił się w pensjonacie, spotkał swego gospodarza, który badał budynek po trzęsieniu ziemi.

— Jak było? — zapytał Gero. — Mnie złapało na zjeździe do Dernau. Wylądowałem w rowie i skończyło się na małych potłuczeniach.

— Kolano musi pan szybko zdezynfekować, bardzo krwawi. Niech się pan wykąpie, bo wygląda pan jakby dopiero co z grobu wyszedł. Za chwilę przyniosę panu opatrunek.

— Nie myli się pan wcale. A jak pańskie szkody?

— Na szczęście nic wielkiego. Byłem akurat w pracowni, gdy dom się zatrząsł. Poprzewracało mi płótna. Ale w samym domu poza paroma rysami w tynkach innych szkód nie ma. Ważne, że dach wytrzymał wstrząs i żadna dachówka nie spadła nikomu na głowę. Podłoże tutaj gliniaste, rozmiękło po tych ciągłych ulewach, to widocznie zamortyzowało wstrząs i obyło się bez wielkich strat. Mam nadzieję, że trzęsienie się nie powtórzy. Podobne mieliśmy tutaj przed kilkoma laty. No, niech pan już idzie i weźmie prysznic, za kwadrans będę u pana z opatrunkiem — powiedział gospodarz.

Gdy Gero siedział z opatrzonym kolanem, zapytał swego gospodarza: — Wiem, że pan maluje i restauruje obrazy, a zna się pan na restauracji lub konserwacji papierów?

— Trochę! Do tej pory ratowałem jedną zabytkową grafikę, była w bardzo złym stanie. A dlaczego pan pyta?

— Mam pewien stary rulon papieru, chciałbym, by nie uległ zniszczeniu podczas rozwijania.

— Ma go pan tutaj?

— Tak, to ten — powiedział Gero, wskazując na leżący na stole zwój. Gospodarz wziął rulon ostrożnie w ręce i oglądał z każdej strony.

— Już na pierwszy rzut oka widać, że to jest bardzo wiekowy dokument. I został niedawno znaleziony. Jeszcze czuć go stęchłą ziemią. Widzę też, że pan próbował go rozwijać.

— No, coś w tym rodzaju – skłamał, przemilczając, że uszkodził rulon podczas wyciągania z dłoni umrzyka.

— To pilne?

— Raczej tak. Chciałbym to zrobić jak najszybciej, to taka ciekawość dziennikarska.

 — Dobrze, może wpadnie pan do nas na obiad, a po obiedzie pójdziemy do atelier i spróbujemy to rozwinąć. Może to potrwać parę godzin. Ten papier stracił lepiszcze — tłumaczył gospodarz. — W średniowieczu, by papier nie wchłaniał za dużo atramentu, klejono go tylko powierzchownie. Chodziło o uniknięcie efektu bibuły. Używano wtedy klejów roślinnych lub zwierzęcych. Bakterie lub pleśń żywią się takimi środkami i dlatego nie wierzę, by pozostały tam jakiekolwiek ślady kleju. Musimy rozwijać rulon na mokro i nakleić na elastyczne podłoże, by po rozwinięciu nie rozsypał się.

— Mam go już namoczyć, żeby poszło szybciej?

 — Niech pana ręka Boska broni. Mógłby się cały skleić i zostałaby tylko miazga nie do uratowania.

 * * *

 — Trudno powiedzieć dokładnie jak stary jest ten papier — powiedział Anton, gdy znaleźli się w atelier. — Zna pan zapewne niemieckiego kupca i amatora archeologa, Henryka Schliemanna, który pod koniec dziewiętnastego wieku wygrzebywał zabytki, nie robiąc żadnej dokumentacji. Dzisiaj wiemy, jakie straty z tego powodu poniosła archeologia i kultura. Wiele można dowiedzieć się o przedmiotach, gdy bada się całe znalezisko. Powracając do tej tajemniczej roli papieru, można o niej też wiele powiedzieć. Uważam, że znalazł ją pan dzisiaj, bo, jak powiedziałem, są na niej resztki ziemi, a papier czuć stęchlizną i jest trochę wilgotny. To jest plus, bo być może, gdyby wysechł zrobiłaby się jednorodna masa.

 — Ma pan rację — powiedział Gero. - Znalazłem go dzisiaj. A sposób, w jaki pan rozumuje, wskazuje, że nie będę musiał u nikogo szukać pomocy. Nie spodziewam się bynajmniej, że znajdę dzięki niemu skarb, ale mam nadzieję, że będę miał dobry artykuł do gazety.

 — W porządku, z przyjemnością się przyłączę, jeśli taka jest pańska wola. Czasem rozwiązanie jakiejś zagadki może przynieść więcej zadowolenia niż skarb, nie mówiąc o przyjemności dociekania. Interesuje mnie otoczenie, w jakim pan to znalazł. Każdy szczegół może dostarczyć nam wiadomości o tym dokumencie. Chętnie pomogę, na ile będę mógł. I jeszcze jedno — jeżeli mamy robić coś wspólnie, to proponuję zwracać się do siebie po imieniu. Mam na imię Anton.

 — A ja nazywam się Gero. Bardzo mi przyjemnie, Anton.

 — A teraz, Gero, do roboty! Przygotowałem tymczasem odpowiednią mieszaninę, nie będę cię nudził szczegółami, krótko mówiąc jest to mieszanina klejąca. Nasączyłem nią przed chwilą bardzo cienką siatkę, na którą postaramy się nawinąć nasz papier.

 — Dlaczego na siatkę, a nie na inny papier? Widzę taką siatkę pierwszy raz.

 — Bo gdyby okazało się, że tekst pisany jest po obu stronach, co się często zdarzało, gdy papier był drogi, nie moglibyśmy odczytać tekstu. Pod siatką jest przezroczysta bibułka japońska, by wzmocnić całość, w razie potrzeby namoczymy ją i zdejmiemy. A siatkę sam zrobiłem, wyciągając nitki z nylonowej tkaniny do sitodruku.

 Obaj mężczyźni pochylili się nad stołem, gdzie był przymocowany do płyty długi, nasączony specjalnym klejem papier z nałożoną na nim siatką. Anton dokładnie przyglądał się zwojowi pod lupą.

 — Szukam początku roli. Papier jest tak zmurszały, że nie bardzo widać, skąd mam zacząć. — Po chwili Anton powiedział — Myślę, że znalazłem. Widzisz? Tu, w tym miejscu jest znaczne zgrubienie, a pod lupą wyraźnie widać zwoje. Może nie będzie źle. Teraz pędzlem ostrożnie nawilżę destylowaną wodą połowę zwoju, nie za dużo, by nie wsiąkła zbyt głęboko, tylko tyle, by papier stał się elastyczny i można było go rozwinąć. Musimy chwilę odczekać, aż woda wsiąknie w głąb pierwszej warstwy. Może w tym czasie opowiesz, gdzie go znalazłeś?

 — Ależ, oczywiście. W drodze do Dernau na jednym z zakrętów jest stary żydowski cmentarz. Tam, podczas drugiego wstrząsu, się stoczyłem. Gdy chciałem wstać, wpadłem do grobu i w nim w ręce nieboszczyka zobaczyłem ten rulon. Mam jeszcze ten oto sztylet, który leżał w grobie — a poza tym porobiłem zdjęcia.

 — No, to bardzo dobrze. Bo oględziny na miejscu byłyby niemożliwe, gdyby nas ktoś zobaczył, że bez pozwolenia grzebiemy w grobach, mogłoby się to źle skończyć. A uzyskanie pozwolenia trwałoby wieki. Można to określić jako przypadkowe odkrycie. Mam nadzieję, że nikt cię nie widział.

 — Jestem tego zupełnie pewien.

 — To dobrze, ale i tak planujesz napisać o tym artykuł, więc nie popełnimy przestępstwa, bo znajdzie się to w prasie. Nieczęsto się zdarza, że ktoś jest grzebany z papierem w ręku. Czy w grobie było coś jeszcze? Ale spróbujmy już odwinąć kawałek zwoju.

Anton nałożył ostrożnie rolę na siatkę, która w tym czasie już lekko przeschła i klej zrobił się lepiący. Włożył do środka roli okrągły kawałek drewna i dociskając go, bardzo wolno rolował rękopis po siatce. Po chwili można było zauważyć naklejony na płótno kawałek odwiniętego papieru.

— Bardzo ważne, by klej na siatce nie był za mokry, bo inaczej papier się nie przyklei. Sama wilgotność papieru wystarcza, by zwój odklejał się i przylegał do podłoża. Teraz powtórzymy zabieg z nawilgoceniem roli. Niestety, jest to mozolna praca, ale mam nadzieję, że nam się uda — powiedział Anton, nasączając rolę. — Może zechcesz pokazać zdjęcia, które zrobiłeś?

— Ależ, oczywiście. Zobacz! — odpowiedział Gero i włączył telefon.

— Masz w nim Bluetooth? — Gero potwierdził skinieniem głowy. — To prześlemy zaraz zdjęcia na mój laptop, bo na tym ekranie nie zobaczymy wiele. Ale najpierw spróbuję odwinąć następne kilka milimetrów. Włącz, proszę, komputer, a ja zajmę się rolą.

— Dobry pomysł! — powiedział Gero.

Jeszcze chwilę Anton zajęty był pracą nad zwojem, a Gero kończył przesyłanie zdjęć.

— To pierwsze ujęcie zrobiłem, gdy wpadłem do grobu — tłumaczył Gero. — Zobacz, tutaj, nieboszczyk leży na boku. Gdy chciałem złapać jego odzież, rozsypała się i ukazał się za jego plecami sztylet — opowiadał Gero.

 — Zastanawiam się nad tym nożem. Dlaczego leży za plecami i ostrzem skierowanym do góry? Pokaż następne zdjęcie. Na nim wyraźnie widać, że nieboszczyk leży na prawym boku, a rękę ze zwojem ma na piersiach. Nogi podkurczone jakby w nieładzie. W takiej pozycji nikt ludzi nie chowa. Spróbuję znowu rozwinąć kawałek, bo klej może nam za bardzo przeschnąć. — Pochylony nad rozwiniętym kawałkiem papieru Anton, oglądał go pod lupą. — Jeszcze nic na nim nie widać — stwierdził — ale mamy już jeden centymetr rozwinięty. Jest dobrze, rola się nie skleiła. Można już rozpoznać, że jest to papier ręcznie czerpany, wyraźnie widać jeszcze fakturę siatki. Gdy rozwinę więcej, może dowiemy się czegoś o jego produkcji. Stare papiery miały często znak wodny z rokiem produkcji lub nazwą papierni, w której go wyprodukowano, co może dać nam wskazówkę, przynajmniej w przybliżeniu, co do daty morderstwa — powiedział Anton, siedząc znów przed monitorem i przyglądając się zdjęciom.

 — Morderstwa?

 — Tak, jestem niemal pewny, że to było morderstwo. A o tym powie nam może ten dokument i twoje zdjęcia!

 — Nic nie rozumiem. Skąd masz pewność, że to było morderstwo? — zapytał Gero.

 — Jeszcze nie pewność, a przypuszczenie. A skąd? Słuchaj! —Anton obrócił się w stronę Gera. — Wyglądało to być może tak. Temu biedakowi wbito sztylet w plecy. Potem wrzucono go do grobu, nie dbając jak. Zwróć uwagę, że nogi ma dziwnie podkurczone. Gdyby go włożono żywego do grobu i tam go dopiero zakłuto, toby się bronił, a na to nie wygląda, bo broniąc się, patrzyłby na swoich oprawców. Czyli wychodzę z założenia, że wrzucono go do dołu nieżywego. Upadając mógł sobie jeszcze skręcić kark. Nie podejrzewam, aby pochowano go rozmyślnie na boku. Druga sprawa, sztylet na zdjęciu w grobie skierowany jest ostrzem do góry. Może to świadczyć o tym, że tkwił tak długo w ciele zabitego, dopóki się nie zamieniło w proch, a potem osunął się rękojeścią, czyli cięższą stroną w dół. Popatrz teraz na to drugie zdjęcie, wyraźnie widać, że jego prawa ręka jest podkurczona, a gdybyśmy sobie wyobrazili go w ubraniu, to mógłby trzymać ją jak Napoleon, za pazuchą. Wygląda to jakby umierając sprawdzał, czy pismo znajduje się pod pazuchą, lub ukrywał je tam. Prawdopodobnie mordercy albo nie zwrócili na to uwagi, albo zlekceważyli ten fakt. Jeżeli morderstwa dokonali w pośpiechu lub o zmroku, to jest to bardzo prawdopodobne. Ale spróbuję dalej rozwinąć zwój — kończył Anton.

 — Mam pomysł — powiedział Gero. — Później pojadę tam jeszcze raz i obejrzę cały cmentarz. Nawet gdyby ktoś ten świeżo rozkopany grób już odkrył, to dziennikarz powinien być na miejscu i to sfotografować. No nie? Wezmę tym razem mój profesjonalny aparat. Być może będziemy potrzebowali zdjęcia lepszej jakości. Ale teraz spróbujmy dalej rozwinąć rolę.

 — Mamy już rozwinięte prawie trzy centymetry, ale tekstu ani śladu — skonstatował Anton.

 — Wiesz co, Anton? Jestem zbyt niecierpliwy, a nie chcę ci przeszkadzać. Pojadę lepiej zaraz na ten cmentarz i zrobię kilka ujęć cmentarza w lepszej jakości. Będę je może potrzebował do mojego artykułu. W tym czasie może uda ci się ten zwój w spokoju rozwinąć.

 Gdy Anton mozolnie moczył pędzlem rolę, obserwując, jak woda wsiąka w papier, samochód Gera ruszył w stronę doliny. Po kilkunastu minutach był już na miejscu i zaparkował swojego golfa na parkingu tuż przy platformie widokowej. Wszedł na nią i spojrzał na leżącą kilkadziesiąt metrów w dole miejscowość Dernau. Nic nie wskazywało na to, że w związku z trzęsieniem ziemi cokolwiek szczególnego się wydarzyło. Drogą wzdłuż Ahru jeździły, maleńkie, z tej wysokości, jak zabawki, samochody. Ludzie wyglądający jak przecinki, prowadzili rozmowy zapewne o wydarzeniu sprzed południa.

 Z aparatem gotowym do zdjęć przeszedł przez ulicę i stanął nad jarem, w którym leżał maleńki cmentarz. Nagrobki leżały w bezładzie, niektóre dawniej przewrócone, porosły już wysoką trawą. Fotografował cmentarz z różnych stron. Wdrapał się także na strome pobocze, wznoszące się nad cmentarzem i robił ujęcia z góry. Potem ześliznął się w dół i robił zdjęcia nagrobków. W czasie, gdy fotografował groby, przejechało kilka samochodów, ale kogo by interesował jakiś stary, zapomniany, żydowski cmentarz, którego i tak z samochodu nie było widać.

 * * *

 Anton rozwinął w tym czasie połowę roli i przez lupę szczegółowo oglądał papier. Nie było na nim nic zagadkowego. Na środku była, ledwo widoczna, wyrysowana tabelka. W poziomie było pięć kratek, w których były wykaligrafowane cyfry. W pionie widoczne zaś były dopiero trzy niecałe kratki, reszta roli była jeszcze zwinięta. Na brzegu odwiniętej roli zauważył, również ledwo widoczny fragment jakiegoś znaku wodnego, prawdopodobnie znak wytwórcy papieru. Gdy odwinął rulon jeszcze bardziej, obejrzał go dokładnie pod lupą i nie zwlekając zaczął szukać czegoś o tym znaku wodnym w Internecie. Od czasu do czasu wracał do swej pracy.

 * * *

 Gdy Gero wrócił z wypadu na cmentarz, Anton odsłonił już cały rysunek. Pozostał mu jeszcze dół zwoju, ale nie spodziewał się znaleźć tam nic więcej. Doświadczenie nauczyło go jednak cierpliwości. Gero czekał, aż Anton ukończy rozwijanie ostatnich milimetrów. Obaj równocześnie zauważyli, że na samym brzegu widoczny jest następny znak wodny. Był to tekst: CRACOVIA.

 — No i jak wygląda nasz zwój? — zapytał Gero.

 — Trudno powiedzieć… Wiemy, że papier został wyprodukowany w Krakowie. A dokument wygląda tak! — powiedział Anton i wskazał na rozwinięty arkusz.